|
- Anna
Mam na imię Anna i od 27 lat jestem mężatką i mam 3 dzieci.
Chcę podzielić się z wami tym, w jaki sposób Jezus dotknął mojego serca i przemienił moje życie.
Od wczesnego dzieciństwa dzięki moim rodzicom uczestniczyłam w życiu religijnym: chodziłam na lekcje religii,
do procesji, na chór... Patrząc z boku można by powiedzieć, że byłam osobą wierzącą i religijną, ale tak
wcale nie było. Bóg był dla mnie odległy i groźny, więc praktyki religijne wypełniałam z lęku przed Nim i
żeby nie robić przykrości rodzicom. Kiedy wyszłam za mąż praktyki te ograniczały się tylko do tego co było
obowiązkowe tj. msza w niedzielę i święta. Mój mąż był jedynakiem i wielu rzeczy nie potrafił robić, nie
umiał też podejmować decyzji. Początkowo to mi się nawet podobało, bo to ja byłam tą, od której wszystko w
rodzinie zależało; ja byłam autorytetem. Ale gdy po 3 latach miałam 2 dzieci i męża, który też był jak
dziecko, praca, napięcie psychiczne sprawiły, że zaczęłam dużo palić. Unikałam też kontaktów z mężem bojąc
się, że będzie kolejne dziecko. Nasze życie stało się trudne, a czasami nie do zniesienia. Wszyscy wokół:
mąż, teściowa, dzieci zaczęli mnie przekonywać żebym rzuciła palenie, ale trwanie w tym nałogu było wyrazem
mojego buntu przeciwko nim. Uważałam z resztą, że to jedyna moja przyjemność w życiu. Aż przyszedł czas gdy
już sama miałam dość palenia, chciałam je rzucić, a nie mogłam. W tym czasie nawiedzał rodziny naszej parafii
obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Gdy był w naszym domu w obecności dzieci i męża złożyłam Matce Bożej
obietnicę, że już nie będę palić. Myślałam, że mój lęk przed Bogiem będzie dostateczną motywacją do zerwania
z nałogiem. Niestety! Wytrzymałam tylko 2 dni. Wstyd przed mężem, dziećmi i lęk przed spowiedzią. W końcu
poszłam do spowiedzi, a tu za pokutę kapłan nakazał mi na okres Wielkiego Postu rzucić palenie! Przyjęłam
pokutę (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że można odmówić przyjęcia)... i nie wytrwałam!
To zablokowało mnie całkowicie na Pana Boga. Przestałam chodzić do spowiedzi, paliłam coraz więcej. W końcu
zaczęłam sobie tłumaczyć, że Boga nie ma, bo gdyby był nie pozwoliłby na takie bezsensowne życie. I tak
upłynęło 13 lat mego życia.
Wtedy Pan Bóg sam zaczął działać. Poprzez różnych ludzi sprawił to, że znalazłam się na Rekolekcjach
Ewangelizacyjnych Odnowy. Na jednym ze spotkań, na którym kapłan pokazywał plansze ilustrujące miejsce
Jezusa w życiu różnych ludzi, ja tak naprawdę nie potrafiłam utożsamić swego życia z żadnym z tych schematów.
Na tronie mego serca nie było Jezusa, sama również go nie zajmowałam, ale był tam on - papieros. Mój pan,
spod władzy którego nie potrafiłam się uwolnić! To nie ja decydowałam o swoim życiu, ale on. Wiedziałam, że
moje przysięgi są "psu na budę", więc nie odważyłam się przyjąć Jezusa za swojego Pana, bo przecież nie
potrafię dotrzymać danego słowa. Wówczas to powiedziałam "Boże, jeżeli istniejesz to zapraszam Cię na tron
mego życia w gości, ale jeśli chcesz i potrafisz tego dokonać, to bądź tam jak najdłużej!" I stał się cud.
Od tamtej chwili nie palę! Wtedy uwierzyłam, że Jezus może wszystko. Wówczas powierzyłam Mu całe swoje życie:
małżeństwo, dzieci, pracę, problemy. ON robił z tym wszystkim porządek. Teraz moje życie jest radosne i ma
sens. Chociaż nadal są różne problemy ja wiem , że Jezus ma moc je rozwiązać, ale według Swojego planu,
który jest lepszy niż mój.
Teraz po 27 latach małżeństwa mój mąż codziennie pyta mnie "czy mówiłem ci już dziś, że cię kocham?" Jesteśmy
oboje szczęśliwi, bo razem powierzyliśmy swoje życie Jezusowi dając się Mu prowadzić. Poprawiły się moje
relacje z dziećmi, z innymi ludźmi. Czasami widzę, że jest jakieś zamieszanie, bałagan, problemy nasilają się
- wtedy staję przed Jezusem i mówię "Panie, zapraszam Cię do tych spraw, bo pewnie znów próbuję coś robić po
swojemu." I On działa. Wierzę, że dla Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych. On pragnie przyjść i wyrównać drogi
mojego i twojego życia, ale ceni naszą wolność i nigdy nie narzuca się. Czeka tylko na nasze zaproszenie. Nie
dajmy Mu długo czekać!
strona następna >>>>>
|